ot…

To były piękne czasy. Puszcze kontynentu wznosiły się pod niebiosa. Liczne plemiona porozrzucane, po całym terenie żyły w zgodzie, o ostatniej wojnie między plemiennej dawno zapomniano, jedynie szamani wspominali je jako przestrogę,  strofując wartowników na skraju obozów. Cichy Myśliciel był jednym z nich. Wspominał przy każdej okazji jakie straty i zniszczenia przyniosło ostatnie starcie z Irokezami. Dawno dawno temu gdy czasy były niespokojne a zwierzyny mało.

Czasy były urodzajne, drzewa wybijały ku niebiosom, nieustępliwie pnąc się wykorzystując każdy dzień pięknej pogody. Zwierzyna mnożyła się  mając pod dostatkiem pokarmu i niczym nie zagrożona. Nawet leśni myśliwi wykorzystując spasione osobniki nie musiały często polować przeganiając stada z polany na polane. Ryb, tak nad wielką wodą jak i w strumieniach było bez liku. Urodzaj trwał od wielu tygodni. Tak urodzajnej wiosny po całkiem spokojnej zimie, nawet najstarsi szamani nie pamiętali.

I wtem, tuż przed wejściem Pana Słońce na środek nieba, sklepienie zamrugało złowieszczo. Liczne błyski przy bezchmurnej pogodzie przebijały się przez nieboskłon. Z upływem czasu błękit rozdzierany był coraz liczniejszymi płomieniami. Kto żyw, spoglądał z niedowierzaniem na wojnę Bogów. Tak rozgłaszał to każdy z szamanów, pośród swego plemiona. Bogowie walczyli przez kolejna wizytę Pani Ciemności i Snów i całą kolejną biesiadę Pana Słońce. Nikt jednak nie zmrużył oka pośród dorosłych, a i liczne podrostki obserwowały z zaciekawieniem sytuacje wśród niebios.   Wojownicy naznaczeni za młodu, dumnie przyjęli warty, żując podarki od szamanów i nie śmiąc zmrużyć oka.

Pod koniec drugiego dnia niebieska kopuła plunęła ogniem. Pomimo, że błyski nie ustały, kilkanaście małych strug płomienia przecięło nieboskłon, upadając poza horyzontem lub wypalając się w takcie lotu. Kto żyw drżał ze strachu. Zwierzyna, dzieci ziemi, wszyscy jednym słowem z niepokojem patrzyli na wydarzenia nad swymi głowami. Gdy zmierzch dawał już coraz bardziej idealne tło dla płomieni… nastał dzień. Potężny błysk przypominał Pana Słońce, przez chwile ogniste łzy Bogów czy też rozbryzgi ich krwi jak twierdziła część szamanów, zniknęły z pola widzenia. Cisza która nastała, przyćmiła nawet szum puszczy. Ni liść z płuc Natury, ni zwierz ni człowiek ni nawet noworodek nie śmiał wydać głosu. Wszyscy wiedzieli, że tą chwile wspominać będą przez wiele pokoleń. Olbrzymia ogniście krwawa łza Boga rozpoczęła swój upadek. Powolna kometa, zmierzająca ku ziemi. Szok i zgroza. Czy Bóg może umrzeć lub płakać aż tak?.

Czy widziałeś kiedyś coś tak nowego, że dotknęło Twojej duszy? Kiedy nie mogłeś zaczerpnąć powietrza, bo byłeś pewien, że ono nie należy do Ciebie? Czy czułeś strach, że cokolwiek teraz zrobisz będzie to obrazą dla Bogów którym oddajesz swe życie? Oni wszyscy przezywali to, minuta za minutą.

Gdy łza dotknęła ziemi tuż za horyzontem wszyscy z plemion nad wielką wodą poczuli ciepło. Ciepły wiatr wzburzył ocean. Targnął drzewami wywracając  co słabsze niczym powywracał ludzi i wigwamy. Upadający Płomień, jak później go zwano, zgasił wszystkie inne ognie, tak pochodnie jak i ogniska. Wszystko zgasło. Gdy otrząśnięto się z podmuchu, gdy popodnoszono wigwamy i stojaki. A gdy morze wróciło do swego brzegu zabierając datki na ołtarz pośmiertny Boga. Gdy wszyscy otrząsnęli się z Wiatru Śmierci. Poznali swą klątwę. Morze pozostawało wzburzone i nikt nie odważył się odwiedzić wyspy Ptaków i Snów, niedaleko której łza spotkała się z Płynną Częścią Natury. Nie chodziło o fakt, że wyspę zamieszkiwały tylko ptaki i canoe, których właściciele nie dopłynęli do celu porwani przez wielką wodę. Nie chodziło, o fakt że wiele godzin trzeba by płynąć w jedną stronę. Chodziło o fakt, że woda odmawiała współpracy. Ryby zniknęły a fale zmiatały każdego śmiałka który próbował jej się przeciwstawić.

Gdy morze jeszcze wrzało, ludzie i ich pobratymcy podnieśli się z boskiego podmuchu, szamani rozpoczęli lament. Olbrzymie drzewa atakowały żółcią i czerwienią. Brąz królował, pośród braw jesieni w środku lata. z dnia na dzień, z chwili na chwilę, urodzaj zmienił się w pożogę.  Nie licząc umierających  drzew i braku chmur nic się jednak nie zmieniło. Prawie.Brak deszczu po wielu dniach odznaczył się na całym rytuale dnia codziennego. W końcu gdy nastać powinna późna jesień, a  skwar przypominał środek lata. Gdy drzewa obumierały, zwierzyna ledwo utrzymywała swe stada umykając na najcichszy nawet dźwięk. Gdy strumienie wysychały zmuszając koczowników do zmiany tras. Od strony przeciwnej niż wyspa nadciągać zaczęły chmury. Deszcz z nich obmywał spieczoną ziemię  i wysuszone usta, przywracał nadzieje i kończył wielodniowe potyczki o wodę, podczas których owieczki skalpowały nieostrożnych a wilki potrafiły potykać się o najbardziej błahe przeszkody.

deszcz nadchodził powoli, ożywiając wszystko na swej drodze. Jedna wioska czekała na niego już ponad 4 dni. Tak to pasmo gór tuż na brzegiem Wielkiej Wody wstrzymywała dobroczynny deszcz. Nadal nie mogąc zbliżyć się do wody która parzyła i wciągała licznymi swymi wirami, skazani byli na walkę lub śmierć.  Ich źródło życia było dla nich niedostępne, zakazane, skażone. Martwe. Wiedzieli, że deszcz nadchodzi, wiedzieli że będzie można  uzupełnić zapasy pitnej wody, uszczuplone, ba zlikwidowane przez susze. Myśleli, że już nie będą musieli walczyć o każdą krople. Że w końcu ich wojownicy będą mogli odpokutować zagładę okolicznych wiosek, których jedyną winą był fakt, że miały wodę. Śmierć za śmierć. Sprawiedliwość musi dosięgnąć wszystkich. Ale czasem trzeba się poświęcić. To szaman odpokutuje końcowo tracąc swą dusze by odzyskać zatracone jestestwa morderców, których wysłał by ocalić plemię. Oni zrobili co trzeba, on ich usprawiedliwi. Plemię przetrwało.

Gdy wszyscy wyszli świętować nadchodzący deszcz, na chwil parę przed jego nadejściem, gdy już chmury spływały z gór by zlać swym życiodajnym płynem ziemię i natchnąć do życia rośliny i ludzi. Gdy natura miała się cieszyć a katastrofa zakończyć. Znak z lasu ni krzyk ni sygnał, dobiegł do wartowników. Pochwyciwszy broń, spięli się niczym przy ataku. Wspominali zapach ludzkiej krwi. Jej smak i fetor śmierci. Nie byli pewni do końca czy słyszą ustalony znak posłańca czy dziki okrzyk diabła. Postać okazała się jednak diabłem. Gdy wybiegła z puszczy tuż za jej zaropiałym i powykręcanym ciałem zaczynały padać pierwsze krople upragnionego deszczu…

Tuż po morderczej walce, już w początkowych strugach deszczu, stojąc nad pokonanym demonem, wrzeszczącym ze swego pokrytego bąblami i ropą ciała, przypominającego co prawda jednego z członków plemienia zamieszkującego po drugiej stronie gór, ale jednak pokracznym demonie Zakrzykującym w lamencie do ostatniego tchu ” łzy złego Boga” demonie. Wojownicy odetchnęli.

Nie zdając sobie sprawy, że już nikt nie będzie w stanie sprawdzić co ich zabiło, co sprowadziło susze a potem deszcz. Deszcz, który niczym łzy złego Boga zabijał każdego kogo spotkał…

Nikt też z uczestników bitwy, rozgrywającej się ponad planetą nie spoglądał na planetę. Od wielu dni jedyne co ich obchodziło to walka. Jeden za drugim myśliwce wyskakiwały z nadprzestrzeni, raz za razem to strącając przeciwników w pole grawitacyjne planety. To znowu ulegając ogniu wrogich krążowników, które utknęły w tym układzie słonecznym. W końcu dogonione, wytrącone z nadprzestrzeni poprzez celowe rozerwania pola, wyglądały niczym stado dzików zagonionych pod ścianę. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że końcowe starcie jest tylko kwestią czasu, a wzrastająca częstotliwość ataków oznaczała tylko, że główna pogoń jest coraz bliżej. Gdy w końcu czerń rozerwała się odsłaniając rozmazujące się bryły statków pogoni. Uciekająca armia nie miała większej nadziei, ale miała silne morale. Nikt nie zwracał uwagi na straty. nikt nie zwracał uwagi na kolejne ogniste łzy zmierzające ku powierzchni planety. Spadali niedawni przyjaciele, bracia czy kochankowie. Gdy pod ciężkim ostrzałem jeden z krążowników stracił moc i osunął się w objęcia grawitacji, nikt nie płakał. Wszyscy skupiali się na zabijaniu.  Nikt nie przejmował się gdy tysiące osób niezabitych przez ostrzał, płonęło w atmosferze. Nikt nie zwrócił uwagi, że przy uderzeniu w planetę generator mocy na sekundę zaskoczył po czym rozerwał się skażając olbrzymie połacie planety.

Śmierć jak zwykle zbierała swe żniwo niewzruszenie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s